No to właśnie skończyłam pracę i mogę iść do łóżka. Taaaaak. W oczach piasek, w głowie siano - znaczy trzeba wyłączyć outlooka, zamknąć laptopa i iść w końcu spać.
Tylko chciałam wspomnieć ku pamięci o dniu wczorajszym - przepiękny bukiet tulipanów dostarczono mi do pracy :)
Trudny to dla mnie czas. Czuję się nieposkładana, tak jakby różne elementy układanki nie były do końca pewne gdzie ich miejsce. Myślę, że jestem teraz w takim momencie, że stary układ, stara Ja jest w rozbiórce. Świadomie rozkładam się na części aby złożyć na nowo, ale w lepszym układzie.
Jest mi ciężko, ale równocześnie wiem że dobrze się dzieje. To jest trudne, ale inspirujące. Nadzieja zaczęła się panoszyć :)
Paradoksem w moim życiu jest to, że pomimo bycia w związku jestem nadal pojedyńcza. To znaczy tak się czuję. Sama się na to skazuję.
W trudnych chwilach odsuwam się od bliskich, żeby ich sobą nie obciążać a także ze strachu że kiedy poznają moje prawdziwe oblicze mnie odrzucą.
^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^
Kiedy czytam te swoje wypociny, dzień po dniu, uwierzyć czasami nie mogę że piszę to ja. Że ja siedząca teraz w kuchni z nawilżającą maseczką na twarzy i czekająca na .M to ta sama ja co pisze te linijki. To co piszę nie jest w mojej głowie kompatybilne ze mną gotującą krem z brokułów, delektującą się poranną pyszną kawą czy też martwiącą się o figurę.
To co piszę jest maleńkim wycinkiem mojego życia, jego niewielkim skrawkiem. Zapisuję tutaj ten skrywany kawałek siebie. Większość ludzi z którymi na codzień przebywam ma mnie za wesołą, radosną i pełną energii osobę... i to też jestem ja.
Zbieram się zbieram do napisania. Jakoś chwilowo brak mi słów, chęci...
Siedzę sama w piątek popołudniu i się frustruję. Wkurzam, wściekam do upadłego. Rysuję czarne scenariusze... rozstaję, besztam, wyrzyguję złość.
A chodzi o sprzątanie. No bo do jasnej cholery - dlaczego do kutwy ptaka znowu to ja mam to robić? Pucować kibel, zmywać naczynia, czyścić kuchenkę, myć podłogi, odkurzać... prać, prasować... eh. .M pracuje bez przerwy od kiedy wrócił, a jutro mamy gości na noc. Nie umiem sobie odpuścić i nie posprzątać. I wrzeszczę na .M że mnie z tym zostawił samą, chociaż wiem że nie miał za bardzo wyjścia. A on się denerwuje na mnie, że takie pierdoły wyprowadzają mnie z równowagi... P I E R D O Ł Y !!!!!
Natychmiast mam przed oczami moją umęczoną mamę, która zapieprzała w pocie czoła przy domu, z nogą w gipsie skopała ziemniaki na polu, z 39st gorączką gościła rodzinę przez tydzień.... no nie odpuszczała sobie. Ojciec nie robił nic a nic. Zero. Nieee, tzn rcoś robił - pił. Ale nie bardzo pomagało nam to w codziennym życiu.
Mam wrażenie, że ja już zawsze będę się bała z kimś być pamiętając horror rodziców.
Trochę lepiej. Mniej się bujam na swojej huśtawce uczuć. Ale nadal strach nie pozwala mi spać.
Bardzo trafny komentarz pod poprzednim wpisem droga Ratibus. Właśnie tak widzę świat - w czarno-białych kolorach. Żadnych szarości, tylko czarń lub biel. Miłość lub nienawiść. Być albo nie być.
Ale wczoraj zdałam sobie sprawę, że .M ma tak samo. No i dlatego się tak szamoczemy. Tylko jak mu to powiedzieć, żeby nie poczuł, że ja mu tutaj robię diagnozę? .M jest strasznie wrażliwy na tym punkcie.
Tak się składa, że teraz doszła do głosu moja ciemna strona. I naprawdę nie wiem jak sobie z tym poradzę i czy tym razem wyjdę z tego cało :(
Tęsknię za pojedyńczością. Nie chce mi się więcej walczyć, nie chce mi się już harować... po ch*&^% mi to? Skoro tak dobrze mi samej, a wcale nie wiem czy z .M będzie mi dobrze, to po co się męczyć? W imię czego?
Trzyma mnie od kiedy .M wyjechał. I boję się do jego powrotu nie odpuści :(
Pamiętam, że po zobaczeniu trailera pomyślałam, że zapowiada się świetna komedia. A okazało się, że jest to wielowymiarowy, bardzo wzruszający, zabierający na karuzelę emocji film, który mnie poruszył do głębi.
Do tego stopnia, że pomimo środka nocy i śnieżycy prawie uniemożliwiającej jazdę, czułam, że muszę zasnąć jednak w swoim łóżku.
Co się stało? Który element mnie tak dotknął? Nie wiem. Wiem, że było o więzi z matką, o tym dla mnie był ten film. I pewnie fakt, że od świąt nie gadam ze swoją się do tego przyczynił w niemałym stopniu... Smutno mi.
Teraz mam sporo czasu dla siebie, mogę pobyć tylko ze sobą i nadspodziewanie dobrze mi z tym. Fajnie.
W sumie to już nabrałam rozpędu w nowym roku. Wygrzebałam się z tego poświąteczno-sylwesrowo-długoweekendowego doła i myśli że całe wolne już za mną. Zaplanowałam sobie urlopy na 2012 i zapowiada się to nad wyraz optymistycznie bo:
1/ bardzo niedługo lecimy na tydzień do Barcelony!!!! :):):) Muszę się zabrać za szukanie sensownego noclegu :)
2/ potem jest weekend majowy - 9 dni wolnego.. a co!
3/ No a w wakacje 3-tygodniowy trip po Europie samochodem. Mniam!
Fajnie, jest na co czekać, co planować. To uwielbiam.
Poza tym zamówiłam sobie pudełka z dietą z dowozem. Narazie przetestuje tydzień - 1000 kalorii na początek, chcę sobie skurczyć żołądek. Naprawdę już nie mogę na siebie patrzeć :( Więc zamiast jęczeć, trzeba się wziąć do działania.
Siedzę rano na swojej cudownie miękkiej kanapie, a dobry humor popijam świeżo zaparzoną kawą. Oj jak mi dobrze. Krew zaczyna coraz szybciej krążyć, zaraz dam upust nadmiarowi energii przygotowując coś do jedzenia... Takie szaleństwo 28latki.